Prolog
Maghar dobrze pamiętał dzień, w którym Kerin Zmiennoskóra pojawiła się w królewskiej siedzibie. Strugi jesiennego deszczu siekły pałacowe ogrody, kiedy straż przeprowadzała ją przez bramę. Maghar obserwował to z okna samotni najlepszego przyjaciela, Radirzjana Geshwanka, wtedy jeszcze marszałka Rady Stanu.

– Po co ci ona? – spytał. – Jest niebezpieczna, powinna zgnić w lochach.

Kerin ujęto na trakcie wiodącym przez Wilczy Bór. Maghar przypuszczał, że patrol żołnierzy zaczepił ją dla rozrywki. Wędrująca samotnie kobieta zawsze prowokuje takie sytuacje. Tym razem trzech ludzi przypłaciło niewinną zabawę życiem.

– Bezpieczna broń na nic się nie przydaje – zauważył kpiąco Geshwank.

Kerin niewątpliwie się przydała.

*

Była martwa. Ta szokująca wieść szybko obiegła pałacowy kompleks, w czym, rzecz jasna, dopomogły długie języki niewolników. Maghar porzucił przeglądanie raportów otrzymanych dzień wcześniej od wywiadu i udał się do jej komnat.

Ciała jeszcze nie usunięto. Wejścia do sypialni Kerin strzegli żołnierze wywiadu w czarnych, płóciennych mundurach. Grupka ciekawskich niewolnic stłoczyła się na środku szerokiego korytarza, o kilka kroków od nich. Rozmawiały przyciszonymi głosami.

Maghar zatrzymał się przed drzwiami. Jeden z żołnierzy obrzucił go uważnym spojrzeniem. O nic nie zapytał: wystarczył mu widok złotego płaszcza, symbol urzędu królewskiego adiutanta i marszałka Rady Stanu. Usunął się na bok.

Maghar przestąpił próg. Nigdy tu nie byłem, pomyślał przelotnie, rozglądając się z uwagą. Po pomieszczeniu kręciło się kilku funkcjonariuszy wywiadu. Jeden chodził zgięty w pół jak pokurcz, po grubym, ciemnoniebieskim dywanie. Inny wybebeszał zawartość wielkiej skrzyni, stojącej w kącie, wyrzucając prywatne rzeczy Kerin na podłogę. Spod łóżka dobiegały chroboty i stłumione przekleństwa; najwyraźniej nawet tam szukano śladów mordercy. Ostatni żołnierz przeglądał zawartość prostej, eleganckiej toaletki. Przy otwartym szeroko oknie, przez które wpadały podmuchy zimnego powietrza, generał wywiadu Ederyk Kasharp rozmawiał z Geshwankiem, ubranym w biały, królewski mundur.

Bardziej niż to wszystko, Maghara zainteresowało rozgrzebane łoże i spoczywające na nim ciało. Ruszył w jego kierunku, uważając, by nie zadeptać dywanu.

Kerin leżała bezwładnie, z rozrzuconymi rękami i złączonymi nogami. Poza krótką, haftowaną w barwne kwiaty koszulą, nie miała na sobie nic. Długie, białe nogi oparła o skopaną, wygniecioną pierzynę. Bladozłote włosy rozsypały się wokół jej głowy. Młodą twarz o delikatnych rysach wykrzywił grymas gniewu i strachu. Wielkie, szeroko rozwarte oczy wpatrywały się w pustkę. Spomiędzy rozchylonych sinych warg wyglądały lekko pożółkłe, równe zęby. Na pościeli nie było śladu krwi, za to okrągły stolik przy łożu szpeciły ciemne smugi. O krok od mebla leżały na podłodze dwa drobne, bure ciałka górskich szczurów, ukochanych pupilków Kerin. Wokół ich rozbitych czaszek utworzyły się małe, czerwone kałuże stężałej krwi.

Maghar powstrzymał się przed chwyceniem za skraj kołdry i okryciem martwego ciała. Odwrócił wzrok. Powoli podszedł do Kasharpa i króla, którzy na jego widok przerwali rozmowę.

– Została… – zaczął.

– …uduszona – dokończył Kasharp. Uniósł brew w ironicznym wyrazie. – Wiem.

Maghar skinął głową. Dobrze pamiętał, że kiedy pracował w wywiadzie, niczego nie znosił bardziej od wtrącających się w jego pracę ważniaków. Poczuł się stary, zmęczony i wykluczony z gry. Zdał sobie sprawę, że aż do tej chwili nie wierzył w śmierć Kerin.

Odwrócił się do króla.

Na smagłej, pokrytej płytkimi bruzdami twarzy Radirzjana Geshwanka nie malowały się żadne emocje. Patrzył na ciało Kerin – swojej kochanki – jak dziecko na ulubioną zabawkę, którą ktoś przez przypadek rozdeptał. Poprzetykane pasmami siwizny włosy opadały mu na twarz.

– Wasza Wysokość? – rzucił Maghar.

– Znajdą go – zapewnił Geshwank obojętnym tonem. Odgarnął do tyłu niepokorne kosmyki. – Znajdą skurwysyna, a wtedy każę obdzierać go ze skóry, kawałek po kawałku.

Jego lodowaty gniew był tak różny od ssącego żalu, który odczuwał Maghar, że ten przez chwilę nie miał pojęcia, co powiedzieć.

– Znajdą go – przytaknął po chwili krępującego milczenia.

Geshwank jakby go nie usłyszał.

– Trzeba zorganizować pogrzeb – stwierdził. – Przepraszam.

Po czym szybko wyszedł z pomieszczenia. Maghar spojrzał pytająco na Kasharpa, ale ten jedynie wzruszył ramionami.

*

Ciało Kerin Zmiennoskórej spalono na pogrzebowym stosie nazajutrz po jej śmierci. Przez następne dwa dni Maghar prawie nie rozmawiał z władcą, chcąc dać mu trochę czasu na żałobę. Wciąż jednak dręczyły go pewne sprawy związane z morderstwem, więc ostatecznie zdecydował się odwiedzić Geshwanka w jego samotni.

Niezbyt duże, kwadratowe pomieszczenie odstręczało surowym, bezosobowym wystrojem. Od nagiej posadzki ciągnęło chłodem. Masywne, mahoniowe meble o prostych liniach zostały ustawione w doskonałej symetrii – szeroki stół pośrodku, dwa identyczne regały po lewej i prawej, królewskie krzesło naprzeciwko drzwi. Wszystko tutaj było czyste i równe. Nawet sterty dokumentów na półkach leżały jak od linijki, a Maghar wiedział, że sprzątająca samotnię niewolnica odkurza je regularnie.

Król był zajęty czytaniem jakiegoś pisma. Zgarbiony nad arkuszem papieru, zmęczony i znudzony, przez dłuższą chwilę nawet nie spojrzał na Maghara. Ten przez jakiś czas nie odzywał się, stojąc niemal na baczność tuż przy drzwiach. Nie lubił tego przesadnie schludnego pomieszczenia.

Cisza się przedłużała. Wreszcie Maghar nie wytrzymał:

– Przykro mi z powodu jej śmierci – powiedział. – To wielka tragedia.

Ozdobiony pierścieniem z wielkim onyksem palec, którym Geshwank wodził po piśmie, zamarł. Monarcha uniósł złote oczy, podkrążone z niewyspania. Przyglądał się Magharowi, jakby chciał przewiercić go spojrzeniem na wylot. Marszałek nie odwrócił wzroku.

– Tak – przyznał cicho Geshwank. W jego głosie nie było emocji, tylko pustka. – Bardzo nam się przysłużyła.

Maghar nie wiedział, czy ma większą ochotę wrzasnąć z frustracji, czy uderzyć siedzącego przed nim człowieka w twarz. Mówili o Kerin, kobiecie, z którą nie tylko przez ostatnie trzy lata Geshwank sypiał, ale z którą dzielił się wszystkim. Brudnymi sekretami, żalami, obawami, planami. Tymczasem w Geshwanku nie było nic: ani smutku, ani gniewu, tylko zimna, obojętna pustka. Zdawało się, że w ogóle nie ma już ochoty słuchać o Kerin.

– Tak… – wymamrotał Maghar. Jeżeli mamy rozmawiać w ten sposób, lepiej nie rozmawiajmy w ogóle, pomyślał. Pchany narastającą irytacją, wypalił: – Ostatecznie to jej zawdzięczasz tron.

Geshwank oderwał oczy od papieru i wpatrzył się w jakiś nieokreślony punkt przestrzeni. Mięśnie jego twarzy zadrgały lekko. Nic nie powiedział, przygryzł tylko wargi.

Kerin – korzystając ze swojej zdolności przejmowania cudzych ciał – usunęła poprzedniego władcę. Wraz z Magharem zafałszowała też wyniki śledztwa, by odwrócić wszelkie podejrzenia od Geshwanka. Dlatego Rada Stanu wybrała go na nowego króla, a Maghar z kolei awansował na jego dawne miejsce.

– Bez Kerin będzie nam dużo trudniej – ciągnął Maghar. Cholera, kompletnie nie o tym chciałem z nim rozmawiać, zdał sobie sprawę. – Jak dotąd nie musieliśmy aż tak bardzo przejmować się politycznymi przeciwnikami. Usuwała ich z dziecinną łatwością.

– Czy naprawdę musimy o tym mówić? – spytał z irytacją Geshwank. – O pewnych sprawach lepiej nie wspominać zbyt głośno, Ren.

– Masz rację – przyznał niechętnie Maghar. – Po prostu… nie mogę się jakoś pozbierać. Cholera, lubiłem ją. Jeszcze kilka dni temu rozmawialiśmy… wspominała o swoich planach.

– Chciała wyjechać – powiedział ponuro Geshwank.

W jego głosie po raz pierwszy pojawił się ślad uczuć, zbyt nikły, by Maghar mógł je zinterpretować.

– Tak, napomknęła mi o tym – przyznał. – Dwór trochę ją męczył. Chciała na jakiś czas odetchnąć od wszystkiego.

Geshwank pochylił głowę, jakby nagle rozbudziło się w nim zainteresowanie pismem, nad którym pracował.

– Chciałeś czegoś konkretnego? – spytał. – Jak widzisz, nie bardzo mam czas na pogaduszki. Ty chyba też, prawda?

Maghar przyszedł tutaj, żeby porozmawiać z królem na temat mordercy, który być może ciągle grasował w pałacu. Wiedział, że gwardia jest przygotowana na możliwość jego ponownego ataku, którego celem mógł być sam Geshwank.

Teraz, po krótkiej, ostrożnej wymianie zdań, tak innej od ich przyjacielskich rozmów, zwątpił, by Geshwank chciał z nim dyskutować na temat bezpieczeństwa. Dręczyła go jednak jeszcze jedna sprawa i wiedział, że jeżeli nie zapyta teraz, może stracić jedyną okazję.

– Wiesz co z trzecim szczurem?

Geshwank gwałtownie poderwał głowę i obrzucił Maghara taksującym spojrzeniem. Powoli, gniewnie zmarszczył brwi.

– Trzecim szczurem? – powtórzył.

– Z Zero, ulubionym szczurem górskim Kerin – wyjaśnił Maghar. – Zabójca dorwał dwa pozostałe, ale jego nie widziałem w sypialni.

Geshwank zamyślił się. Maghar był pewien, że król zauważył brak ukochanego pupilka Kerin i jedynie zastanawia się, co odpowiedzieć.

– Musiał uciec, gdy morderca… – zaczął król.

– To niepodobne do niego, zawsze był przy Zmiennoskórej – przypomniał Maghar. – I był najodważniejszy z całej trójki.

– Nie wiem, Ren – powiedział ze znużeniem Geshwank. – Proszę, idź już. Nie chcę myśleć o Kerin. Muszę zająć się królestwem.

Maghar ukłonił się, odwrócił i wyszedł.

Niepokój nie opuszczał go odkąd Kerin została zamordowana, a po rozmowie z Geshwankiem zaczął narastać.

*

Maghar siedział w sypialni przy zgaszonym świetle i otwartym oknie. Podmuchy chłodnego wiatru przenikały go do szpiku kości. W pałacowych ogrodach koncertowały świerszcze i rechotały żaby.

Wspominał Radirzjana Geshwanka takiego, jakim znał go dawniej. Człowieka, pod którego rozkazami służył od szesnastego roku życia, kiedy został przyjęty w szeregi wywiadu.

Początkowo nie byli przyjaciółmi. Oficerowie nie bratają się ze szczylami, którzy ledwo co włożyli mundury. Ale to szybko się zmieniło. Maghar był zdolny, a tacy w kahrańskim wojsku szybko awansują. Po dziesięciu latach służby dostał stopień pułkownika. Po trzynastu – generała. Geshwank osobiście mianował go swoim następcą, kiedy sam został marszałkiem Rady Stanu.

Dla Maghara ta pozycja była szczytem marzeń. Czasami nawet żałował, że udało się mu zrealizować je tak szybko.

Geshwanka natomiast nie zadowalało stanowisko marszałka. Jego apetyt rósł cały czas. Nikt – z Magharem na czele – nie miał wątpliwości, że byłby dobrym władcą. A na pewno lepszym niż jego poprzednik, Dydaskan Roseulus, który ostatnie lata swego panowania spędził zamknięty we własnych komnatach, powoli zżerany obłędem.

Początkowo Geshwank, mając na uwadze dobro państwa, radził sobie z szaleństwem króla drogami zgodnymi z prawem. Poprosił nadwornego lekarza o wydanie opinii potwierdzającej niepoczytalność władcy, a po jej uzyskaniu zwołał Radę Stanu i rządził krajem wraz z nią.

Ale tylko dopóki jej członkowie nie zaczęli wymykać się mu spod kontroli i wykorzystywać władzy do własnych interesów.

W tych nielicznych historycznych okresach, kiedy Kahrem kierowała Rada Stanu, problemem zawsze były podziały między jej członkami, tworzenie zwalczających się stronnictw, skupionych wokół co ważniejszych person. Tym razem nic takiego nie miało miejsca. Geshwank zauważył niebezpieczeństwo, nim jeszcze korupcja i prywata ostatecznie wyparły z Rady Stanu troskę o los królestwa. I zrobił jedyne, co mógł zrobić.

Przejął władzę.

Oczywiście, jak i w wielu innych rzeczach, pomogła mu Kerin. Zawładnęła ciałem niewolnicy, która mieszała uspokajające leki dla szalonego Roseulusa i jej rękami dosypała do ziół trucizny.

Logicznym kandydatem na miejsce zmarłego króla w Kahrze zawsze był jego marszałek. To stanowiło niemal uświęconą tradycję.

Maghar osobiście poprowadził śledztwo. Przesłuchał medyka i niewolnicę. Ułatwiły mu to tortury, które za czasów Geshwanka stały się nieodłączną częścią prawie każdego dochodzenia.

Odkrył, co wydarzyło się naprawdę.

– Niech bogowie mi wybaczą – wyszeptał w ciemną noc ponad rok później.

Poświęcił życie, by służyć Kahrowi najlepiej jak potrafił. Zawsze uważał, że polega to przede wszystkim na wierności prawdzie. Starał się żyć w zgodzie z tym przekonaniem. Musiał uczciwie przyznać, że nie udawało mu się tak dobrze, jakby sobie tego życzył. Ale kiedy chodziło o jego pracę, nie kłamał nigdy. Czuł niezachwianą pewność, że jeżeli kiedykolwiek zafałszuje akta albo wyda wyrok śmierci na niewinną osobę, przestanie być prawdziwym sługą Kahru.

Siedział w ciemnej sypialni przy otwartym oknie i coś dławiło go w gardle. Nie łzy – to było znacznie gorsze, bo nie mogło wypłynąć na zewnątrz. Niewolnicę stracono za zabójstwo, a medyka za niedopełnienie obowiązków. Maghar poświadczył ich niepodważalną winę.

Mógł zdradzić swojego dowódcę i przyjaciela albo prawdę. Wybrał to drugie.

Nie potrafił jednak pozbyć się wrażenia, że to nie lojalność wobec Geshwanka nim kierowała, ale strach. Brzydził się sobą, gdy o tym myślał.

I wciąż nie był w stanie odpowiedzieć na pytanie: Czy gdyby nie bał się, że pewnego dnia poczuje na karku oddech Zmiennoskórej, wybrałby wtedy inaczej?

*

Upłynął tydzień, a śledztwo wciąż tkwiło w martwym punkcie. Maghar nie rozumiał, jak wywiad może pozwalać sobie na podobną zwłokę. W jakiś sposób do pałacu dostał się morderca, i to bardzo biegły w swoim fachu. Ostatecznie Kerin władała mieczem lepiej od niektórych mężczyzn i trzeba było naprawdę żelaznej woli, by oprzeć się jej mocy przejmowania ciała. Mogła skutecznie obronić się przed prawie każdym. To dlatego nigdy nie chciała straży przed swoją sypialnią, chociaż Geshwank wielokrotnie proponował jej ochronę.

– Pałac to mój dom, kurwa mać – odpowiedziała mu kiedyś, zirytowana nagabywaniami. – Nie będę łaziła po własnych komnatach z kordonem straży.

Zapłaciła za swoją arogancję. Mimowolnie Maghar również czuł się winny. Nie było w tym logiki. Po prostu przytłaczał go ciężar straty. Z Kerin łączyła go tylko przyjaźń, ale to wciąż więcej niż nic.

Poza tym źle znosił bezczynność. Irytowała go opieszałość wywiadu oraz to, że nie ma wpływu na przebieg śledztwa.

W końcu pewnego deszczowego dnia, po nudnym posiedzeniu Rady Stanu, na którym po raz setny omawiano sprawę zniesienia niewolnictwa, jak zwykle do niczego nie dochodząc, Maghar stwierdził, że nie może już dłużej czekać. Kazał służbie przygotować ulubionego deresza i wkrótce, nawet się nie przebrawszy, wyjechał przez pałacową bramę z czterema służącymi jako eskortą. Mimo wilgoci w powietrzu czuć było ciepło gasnącego lata.

Gdy jechali przez wyłożone świeżym brukiem ulice, Maghar rozglądał się na wszystkie strony. Za panowania Geshwanka Kahr rozkwitał i stolica zmieniała się niemal z dnia na dzień. Restaurowano budynki, burzono rudery, wytyczano nowe ulice i odnawiano stare. Na niektórych placach pojawiły się fontanny, na kolejnych skwery. Także prywatni właściciele dbali o lepszą prezencję; a przynajmniej ci, których było stać na remont. Skończyła się wojna celna z Półwyspem Kupieckim, dzięki czemu rozkwitał handel nawet najbardziej egzotycznymi produktami. Bezwzględność Geshwanka w tłumieniu buntów zapewniała ład i porządek.

W Radzie Generałów, z której wybierano króla po śmierci poprzedniego władcy, nie było nikogo godnego zastąpić Geshwanka na tronie. Maghar, jako marszałek, mógłby pretendować do korony, ale nie czuł się zdolny do przejęcia obowiązków władcy w razie śmierci króla. A myślał o niej coraz częściej, patrząc na pogłębiające się bruzdy na twarzy przyjaciela i na jego siwiejące włosy.

Gdy dotarli wreszcie do głównej komendy wywiadu, Maghar poczuł ukłucie żalu. Kiedyś na piętrze tego dużego, klockowatego budynku mieściły się jego kwatery. Teraz zajmował je ktoś inny. Oczywiście nie powinien narzekać: awansował na zaszczytne stanowisko. Mimo to często cniło mu się za dawną pracą. Polityki nie lubił i do niej się nie nadawał. To Dashja Lenar, generał łuczniczek w czasach, kiedy on dowodził wywiadem, powinna nosić złoty płaszcz. Ze swoim zdecydowaniem, doskonałą organizacją i ogólnym szacunkiem, jakim cieszyła się wśród wysokich rangą wojskowych, doskonale się do tego nadawała. Geshwank podjął jednak taką, a nie inną decyzję, robiąc z Lenar poważnego wroga… który to problem Kerin szybko rozwiązała.

Maghar zeskoczył z wierzchowca i rzucił wodze wysokiemu, barczystemu służącemu, wyglądającemu, jakby do pałacu ściągnięto go wprost z areny gladiatorów.

– Czekajcie tu na mnie – rzucił.

Po ukruszonych przez czas stopniach wspiął się do masywnych, drewnianych drzwi. Pchnął je mocno.

W siedzibie wywiadu zawsze panował chaos. Każdy gdzieś biegł, każdy coś robił. Szukano akt w archiwach, spisywano protokoły przesłuchań, analizowano doniesienia szpiegów z kraju i spoza niego. Przez ogromne pomieszczenie, zajmujące prawie cały parter, ciągle przechodziły tabuny mężczyzn i kobiet w czarnych mundurach. Przy stołach wymęczeni funkcjonariusze przeglądali stosy dokumentów, niektórych świeżo dostarczonych przez szpiegów, innych rozsypujących się ze starości.

Maghar pomyślał tęsknie o czasach, kiedy sam był częścią tej wielkiej machiny, podpory królewskiej władzy i stabilności Kahru. Przedostał się do wiodących na piętro schodów. Złoty płaszcz wystarczył, by torować drogę. Ludzie, których mijał, salutowali lub kłaniali się lekko. Wszedł na piętro i skierował się prosto do komnaty dowódcy – niegdyś jego własnej. Pamiętał, że zawsze panował w niej swoisty ład, który lubił nazywać “kontrolowanym chaosem”. Wszędzie, nawet na parapetach, piętrzyły się papiery. Maghar rzadko wietrzył pomieszczenie, co sprawiało, że powietrze przesycała przedziwna mieszanka zapachów: kurzu, papieru, tytoniowego dymu i potu.

Pod rządami nowego gospodarza pomieszczenie zmieniło się nie do poznania. Na ścianie wisiał koślawy akt, sztywne krzesła obciągnięto baranią skórą, a na stole, kredensie i regale z papierami kurzyły się bibeloty. Kasharp siedział rozparty wygodnie za stołem, a na jego kolanach siedziała młoda niewolnica. Całowała jego szyję, przytulona do włochatej piersi, widocznej między połami rozpiętej koszuli generała.

Maghar odchrząknął.

Kasharp podskoczył jak oparzony i zrzucił dziewczynę. Upadła na podłogę. Spojrzała na Maghara, który mimowolnie zerknął na jej wielkie piersi. Okryła je pospiesznie materiałem prostej, brązowej sukienki.

– Wynocha – warknął Kasharp.

Niewolnica pozbierała się na nogi i uciekła. Kasharp zapinał pospiesznie koszulę, łypiąc na gościa z zażenowaniem. Maghar postanowił, że jeżeli w ciągu pięciu sekund generał nie poprosi go, by usiadł, każe go wychłostać za brak należnego powitania wyższego oficera. To byłaby chyba pierwsza taka egzekucja w historii.

– Zapraszam, panie marszałku, niech pan spocznie – powiedział cicho Kasharp.

Maghar odsunął krzesło i opadł na baranią skórkę.

– Dobra jest? – spytał, wskazując drzwi.

– Całkiem… całkiem miła.

– To dobrze. W przeciwnym razie uznałbym, że marnujesz czas na pierdoły, zamiast szukać mordercy Zmiennoskórej.

Generał zesztywniał. Na jego szyi zaczęła pulsować ciemna żyłka.

– Robię wszystko, co…

– Pierdolenie – warknął Maghar.

Po minie Kasharpa poznał, że nie stracił wprawy w zastraszaniu ludzi. Generał zerkał nerwowo na wszystkie strony, jakby bardzo chciał rzucić się do ucieczki.

– Nie bardzo rozumiem, w czym problem – powiedział wreszcie.

– W tym, że pracujesz w takim tempie, jakbyś zatęsknił za stryczkiem.

Tym razem na twarzy Kasharpa odbiło się autentyczne zaskoczenie.

– Postępuję zgodnie ze wskazówkami Jego Wysokości – wypalił.

Maghar poczuł, że traci grunt pod nogami. Zacisnął palce na krawędzi stołu, aż zbielały mu kostki.

– Jego Wysokość kazał ci grać na zwłokę? – upewnił się.

Kasharp patrzył na niego ze strachem. Znalazł się między młotem a kowadłem. Królewski adiutant mógł go zdegradować i postawić przed sądem, a władca jednym rozkazem pozbawić głowy.

– Sądziłem, że pan wie, panie marszałku – wydusił generał.

Maghar potarł gładko ogoloną brodę. Przygryzł na chwilę dolną wargę. Żelazna wola, przypomniał sobie. Czy Kerin nie wspominała mi kiedyś, że nigdy nie zdołała wślizgnąć się w skórę Radirzjana?

– Proszę zachować naszą rozmowę w tajemnicy – powiedział w końcu. – Tak jak i polecenie Jego Wysokości.

– Co mam robić? – spytał Kasharp tonem zagubionego dziecka.

Maghar wstał z krzesła i spojrzał z góry na generała.

– To, co my wszyscy – odrzekł cicho. – Służyć Kahrowi. Wypełniać królewską wolę.

*